Sezon 2008/2009 - runda jesienna
Korona Kielce - Stal Stalowa Wola (09.08.2008)


Ogromne "nabuzowanie", wiara we własne możliwości i nieopisana chęć udowodnienia rywalom swojej klasy... To emocje, których słowa nie są w stanie w pełni oddać. Towarzyszyły one nam, jak i kibicom Stalówki jeszcze przed rozpoczęciem wczorajszego meczu. Co z tego wynikło? Jak potoczyła się batalia na trybunach? Kto wyszedł z niej zwycięsko? O tym wszystkim dowiecie się w dalszej części relacji.


Zacznijmy - jak wymaga tego kultura... - od ekipy przyjezdnych. Już na długo przed spotkaniem dywagowano na temat liczby w jakiej mogą oni zawitać na stadion przy ul. Ściegiennego. Ukształtowały się dwa scenariusze i... każdy z nich był wielce prawdopodobny. Pierwszy z nich mówił, że Stali będzie bardzo niewiele, tak wynikało z licznych przecieków, które w większości - jak się później okazało - nie sprawdziły się. Druga wersja głosiła, że "Zielono-czarnych" przybędzie niczym grzybów po deszczu (mimo odwołania pociągu specjalnego), celowano nawet w 7. setek. Ostatecznie zjawiło się ich ok. - jak sami podają - 600. I za to na pewno należy ich docenić, może odległość niewielka, może wielu z nich przyjechało dla tzw. "ujrzenia na własne oczy najnowocześniejszego stadionu w Polsce", może dla - jeszcze do niedawna - stanowiącej o sile ekstraklasy Korony? Nie wiem. W każdym bądź razie byli, a ich liczba robi niezłe wrażenie.


Jednak jak na taką liczbę Stal zaprezentowała się bardzo przeciętnie, żeby nie powiedzieć słabo. Na młynie jako tako dobrze słyszalni na początku spotkania, do końca meczu już sporadycznie. Inną sprawą jest, że repertuar gości opierał się głównie na bluzgach w naszym kierunku. Wrzuty tego dnia wychodziły im niemal perfekcyjnie. Nie naszą jednak sprawą jest wyznaczać gościom to, co mają śpiewać. Oprawy brak.


Teraz my. Może to nie jedna z bardziej znanych stacji komercyjnych w Polsce, tak czy siak skupiamy się teraz na sobie. Zacznijmy od oprawy. Tego dnia Ultrasi przygotowali nam podwieszony na górnej trybunie wielki, a zarazem wymowny napis "Ultras will never die" w asyście namalowanych postaci przedstawiających kibiców Korony, żółto-czerwonych chorągiewek i transparentów. Całość wyglądała - jak nas do tego Ultrasi zdążyli już przyzwyczaić - dość efektownie, by to co widzieliśmy pochwalić. Doping? Pewnie się zgodzicie, że bywało lepiej. Mamy dużo większe możliwości w tej kwestii i choć wczoraj było nieźle, to stać nas na duuużo więcej i chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę.


Reasumując, poniżej pewnego poziomu nie schodzimy i nie wydaje się, żebyśmy mieli zejść. Stalówka była. Nie obyło się też bez wzajemnych "pozdrowień". No cóż, było jak było... cenzurkę samemu się wystawiło. Każdy kto był - widział i słyszał. Do zobaczenia na Podbeskidziu!





Podbeskidzie Bielsko Biała - Korona Kielce (16.08.2008)


Nowy sezon, nowa liga, nowe wyzwania... a przy tym okazja do odwiedzenia miast, w których jeszcze nie byliśmy, bądź byliśmy dawno temu.


I tak na pierwszy wyjazd w nowej I lidze los rzucił nas do Bielska Białej na mecz z tamtejszym Podbeskidziem. Osobiście, po pierwszym dniu zapisów na ten wyjazd byłem nieco zmieszany i niemile zaskoczony liczbą osób, które się zapisały. Na szczęście większość postanowiła się zapisać na drugi dzień, dzięki czemu mogliśmy się pokazać niezłą liczbą w Bielsku.


Sobota, godz. 12.30, z Kielc wyjeżdżamy 3 autokarami 1 busem i kilkoma samochodami w kierunku Bielska, podróż mija w bardzo wesołej atmosferze. Na jednym z postojów jesteśmy zaatakowani przez dwuosobową ekipę rolników ze sprzętem - chyba troszkę się wnerwili, gdy kilkadziesiąt osób zaczęło załatwiać swoje potrzeby w ich sadzie, w wyniku czego jeden z nich wyskoczył z widłami, ale nikt z nas nie podjął walki. Trochę słownych utarczek i w jeszcze lepszych humorach jedziemy dalej. Po 3-godzinnej podróży docieramy do Bielska, czuć tu już klimat gór. Na szczęście ochrona nie robi wielkich problemów, tylko wpuszczanie na stadion zajmuje trochę czasu. Ostatnie osoby wchodzą w ok. 15 min meczu. Ostatecznie na sektorze melduje się ok. 250 Koroniarzy w tym 11 naszych przyjaciół z Cracovii - dzięki za wsparcie. Wreszcie początek meczu, wywieszamy 4 flagi: Scyzory na szlaku, ŚP Małpa, Korona Kielce i jedną flagę Cracovii. Warto zaznaczyć, że to debiut długo oczekiwanej flagi wyjazdowej „Scyzory na szlaku”.


Tradycyjnie na pierwszy ogień poszła przyśpiewka „Jesteśmy zawsze tam”, która zawsze głośno wychodzi, odpowiedzią - dużo gwizdów ze strony gospodarzy, co jeszcze bardziej nas mobilizuje do głośnego śpiewania. Co do fanów Podbeskidzia, to wystawiają oni ok. 150-osobowy młyn, prezentują w pierwszej minucie meczu oprawę. Na dwóch transparentach „Czerwono biało niebieska” na górze i na dole „Górali siła nieziemska” w asyście chorągiewek w barwach i mini sektorówki, ale nie byłem w stanie dostrzec co na niej było - jednak fani Podbeskidzia są z niej bardzo zadowoleni.


Nasz doping dobry, momentami bardzo dobry, często zagłuszamy kibiców Podbeskidzia. Kilkakrotnie śpiewamy „ Jesteśmy u siebie” na co po raz kolejny odpowiedź w postaci gwizdów i to mówi samo za siebie. W drugiej połowie nasz doping nieco słabnie, ale nadal wystarcza to, aby skutecznie zagłuszać kibiców Podbeskidzia. W tym czasie prezentujemy sektorówkę „MKS I’m lovin it”. Do końca meczu prowadzimy niezły doping, mimo, że piłkarze przegrywają. Ostatecznie mecz kończy się porażką Korony 2:1. Dziękujemy piłkarzom za grę i w miarę szybko i sprawnie opuszczamy stadion Podbeskidzia. W drodze powrotnej super zabawa w autokarze (przynajmniej w jednym z nich), i nikt mimo porażki Korony nie traci dobrego humoru.


W Kielcach meldujemy się wcześniej niż sami przypuszczaliśmy, bo ok. godz. 23. Ogólnie wyjazd na plus, mimo kłopotów w klubie pokazaliśmy się niezłą liczbą i z dobrym dopingiem. Miejmy nadzieję, że na następnych wyjazdach nie będziemy gorsi. Przy okazji zachęcam do jeżdżenia na wyjazdy, bo to naprawdę fantastyczne przeżycie.






Korona Kielce - GKS Jastrzębie (23.08.2008)


Tym razem - po raz pierwszy w historii - na arenę Kielc zawitała ekipa GKS-u Jastrzębie, wspierana przez kilkudziesięcioosobową grupę swych przyjaciół z Hutnika Kraków. Sam pojedynek kibicowski zapowiadał się dosyć ciekawie, tym bardziej, że już sami goście zamierzali przybyć w liczbie, która pozwoliłaby im zapełnić klatkę do ostatniego miejsca. Prawdopodobieństwo, że będzie ich dwa razy więcej niż u nas na młynie wydawało się być... niestety całkiem realne.


Na szczęście - mile się zaskoczyliśmy. Nasz młyn tego dnia - jak na warunki pierwszoligowe - wyglądał dosyć pokaźnie, a kibice rywala przyjechali "tylko" w ok. 300 osób (wraz ze zgodami). Pierwsza część spotkania - "(...)wypadła całkiem okazale, może z wyjątkiem końcówki, gdzie troszkę już opadało się z sił" - jak powiedział nam po meczu jeden z naszych kibiców - Przemek. W drugiej połowie nasz rozmówca przyznał, że choć mina po bramce na 2:3 dla gości wprawdzie troszkę zrzedła, to i tak byliśmy zdecydowanie lepsi, mocniejsi i głośniejsi niż wcześniej. "To było coś, jechać dalej ze swoim, mimo że mecz jest już praktycznie przegrany..." - dodał. Kilkakrotnie pozdrawiamy też PZPN.


Przyjezdni pokazali się z dobrej strony. Przez cały mecz prowadzili niezły (jak na swą liczbę) doping. W 80min. odpalili kilkanaście stroboskopów rozpoczynając tym samym świętowanie zwycięstwa. O kibicach z Jastrzębia kilka słów wspomniał także rozpytywany przez nas Przemek - "Tak naprawdę nie pokazali nic szczególnego, może prócz kilku głośniejszych okrzyków w przerwach naszego dopingu. Troszkę "podymili", no i to w sumie tyle jeśli chodzi o nich...". Zapał "Hutników" - próbujących palić szalik Korony - został jednak skutecznie ostudzony przez armatki wodne.


Reasumując, po raz kolejny udowodniliśmy, że wynik (choć istotny) nie stanowi dla nas przeszkody, by dobrze się bawić i jeszcze dobitniej pokazać, że jest się z Koroną i na dobre... i na złe. Trudno nie zauważyć sytuacji w jakiej obecnie znajduje się nasz klub... Spadamy po równi pochyłej, jednak jako grupa kibicowska wciąż potrafimy dać lekcję wypracowanego przez lata, solidnego, "ekstraklasowego" poziomu dopingu. "Najwierniejsi z wiernych - fanatycy!" - do zobaczenia już w środę na Stilonie!





Korona Kielce - Stilon Gorzów (27.08.2008)


Dokładnie 4. miesiące upłynęły odkąd ostatni raz dane było nam cieszyć się po zwycięstwie Korony w meczu o stawkę. 26. kwietnia w Zabrzu nasi piłkarze zaaplikowali Górnikowi dokładnie tyle samo bramek, co wczoraj Stilonowi. Wynik 3:0 mówi sam za siebie pozwalając tym samym wierzyć, że chwile, w których przychodziło nam rywalizować z najlepszymi firmami piłkarskimi i kibicowskimi, wcale tak daleko nie uciekły i...


...kto wie, może z czasem powrócą. Dość jednak wspomnień, marzeń, skupmy się na tym, co było wczoraj. Na wstępie zaznaczę, że z racji tego, iż do Kielc przyjechało tylko dziesięciu fanów Stilonu (wszyscy na własną rękę, wyjazd nieorganizowany) w relacji skupię się tylko i wyłącznie na nas. Zera wyjazdowego nie zaliczyli i chwała im za to. A ogółem na stadionie pojawiło się w sumie nieco ponad 5. tysięcy ludzi, co jak na środę, rywala z niższej półki jest niezłym wynikiem. Piszę niezłym, a tak naprawdę po trzech meczach u siebie mamy najwyższą średnią frekwencję w lidze. W każdym bądź razie, mimo wszystko czuje się ten niedosyt, w końcu pojemność naszego stadionu wynosi ok. 15. tysięcy miejsc...


Ale jest jak jest, trudne chwile kiedyś musiały nadejść. No i nadeszły. A teraz mamy tego cienie i blaski. Minusy każdy zna - niższa klasa rozgrywkowa, teoretycznie nie tej klasy piłkarze, nie ci rywale itp. Plusy? Na pewno jeden - kibice. Po przygodzie z ekstraklasą pożegnali się z nami ci, którzy... no właśnie, widocznie to nie Korona była dla nich najważniejsza, a sam sukces sportowy. Zostali najwierniejsi, którzy podobnie jak wczoraj, zresztą już nie po raz pierwszy udowodnili swoje przywiązanie do drużyny.


O naszej wczorajszej dyspozycji nie napiszę. Myślę, że w tym wypadku pomeczowe słowa Tomka Nowaka oddadzą to najlepiej... "Kibicom należy się duży szacunek i podziękowania, bo w każdym meczu byli z nami na dobre i na złe. Dziękujemy im za to, że przychodzą na mecze, ale po każdym spotkaniu - czy to przegranym czy to wygranym szanujemy ich takimi jakimi są." Czy choćby dla uznania ze strony zawodników nie warto było zostać?


Reasumując, doczekaliśmy się chwili, gdy znów mogliśmy się w pełni cieszyć dopingiem i atmosferą na meczu. Byliśmy głośni, a niektórzy piłkarze drużyny przeciwnej się nawet... "posrali" (sic!). Świętowanie jednak czas kończyć, po wszystkich podziękowaniach przyszedł czas na mały apel Radka Cierzniaka: "Teraz gramy w Turku. Co prawda jest to trochę daleko, ale kibice pokazali, że nie boją się jeździć i myślę, że pojadą. Liczymy na nich. My musimy się skupić na tym, aby do Turku pojechać po 3 punkty." Czy trzeba coś dodawać? Do zobaczenia na kibicowskim szlaku!





Tur Turek - Korona Kielce (30.08.2008)


Turek to miejsce, którego prawdopodobnie nikt z nas nie miał okazji jeszcze odwiedzić w roli kibica - gościa. Niewielka miejscowość położona w Wielkopolsce, a sam klub - Tur Turek - słabo znany ze swoich dokonań piłkarskich, jak i kibicowskich.


Rzecz jasna, nie dzielimy wyjazdów na te „lepsze” i „gorsze”, więc napiszę, iż ten z zasady wydawał się mało atrakcyjny. Wspomniany powód, jak i brak mobilizacji z naszej strony spowodowały, że tego dnia za swą drużyną pojechało 117 Koroniarzy.


Na wstępie, czyli już na zapisach, delikatnym zaskoczeniem była dla nas cena biletu - 15 PLN, czyli zbyt wygórowana, jak na warunki, które serwuje przyjezdnym stadion w Turku, ale o tym później…


Wiele osób, z różnych powodów nie zapisuje się na listę wyjazdową. Spotykamy się w samo południe. Kielce opuszczamy dopiero około godziny 13, jadąc jednym autokarem, busem oraz 7 autami. W drodze atmosfera zmienna: raz ciekawie, czasem nudno, bez żadnych atrakcji. Na całe szczęście większy odcinek trasy jedziemy sami, dzięki czemu driver w szybkim tempie dociera na miejsce. Policja zatrzymuje nas na parkingu jakieś 5 minut drogi od stadionu, karząc nam opuścić transport, „uśmiechnąć się” do kamery. Policjanci przeszukują także autokar. Podobny zwyczaj jak w drodze na stadion ŁKS-u. Zajmuje to chwilkę, po czym ruszamy na miejsce, po drodze dostarczając atrakcji mieszkańcom miejscowości. Osoby będące na liście wchodzą sprawnie na sektor, który wygląda dosłownie jak klatka. Niezapisani widząc „atrakcyjność” stadionu negocjują cenę biletu. Niespełna 15 minut przed końcem pierwszej połowy jesteśmy wszyscy na sektorze. Wygląda on dość niecodziennie, bynajmniej nie do takich „klatek” byliśmy przyzwyczajeni jeżdżąc przez ostatnie 3 lata. Wywieszamy dwie flagi: „Scyzory na szlaku” oraz „Ś.P Małpa”. Natomiast kibice gospodarzy prezentują transparent: „ Zarządowi i policji - dziękujemy za ciszę”, oraz flagę „Pikniki on ToUR”. Brak dopingu ze strony przeciwników powoduje, iż nasz - dość sporadyczny, jest dobrze słyszalny na stadionie, lecz nie da się ukryć, tym razem na niskim poziomie. Druga połowa przyniosła nam bramkę, w efekcie czego Korona wygrywa swój pierwszy od 4 miesięcy, mecz na wyjeździe. Dziękujemy piłkarzom za 3 punkty i od razu wsiadamy do samochodów i autokaru.


W drodze powrotnej, którą praktycznie cały czas spędzamy bez obstawy, dochodzi kilkakrotnie do „podniesienia poziomu adrenaliny” ze względu na sygnały napływające do nas z zewnątrz, lecz w efekcie jest spokój. Godzinę przed przyjazdem do Kielc, w ramach rozładowania napięcia i podniesienia atrakcyjności wyjazdu, powstaje napinka pomiędzy "Śliwką", a przeciwną częścią autokaru (inne osiedla). Wymiana zdań, śpiewy oraz krótka „ustawka” i dojeżdżamy do Kielc około godziny 23.


Wyjazd zaliczony, ale czy udany? Każdy indywidualnie sobie odpowie na to pytanie. Jedno jest pewne, z aspektów kibicowskich niewiele zostanie zapamiętane. Na całe szczęście atmosfera wyjazdowa została zachowana, więc śmiało napiszę - kto nie był niech żałuje.





Korona Kielce - GKS Katowice (03.09.2008)


Miało to być wielkie święto sympatyków piłki nożnej, pojedynek dwóch solidnych pod względem kibicowskim ekip, a był duży żal, rozczarowanie i smutek. Wszystko to spowodowane śmiertelnym wypadkiem jednego z fanów GKS-u, który wypadł z pociągu wiozącego "Żółto-zielono-czarnych" do Kielc. Jeszcze przed meczem minutą ciszy, a następnie brakiem dopingu w pierwszych piętnastu minutach uczciliśmy pamięć zmarłego. Śmierć kibica jak śmierć brata.


To smutne wydarzenie niewątpliwie wpłynęło na atmosferę meczu. Doping, który mimo wszystko stał na dobrym poziomie - tym razem - sprawiał mniej przyjemności niż zazwyczaj. O tym, co stało się wczorajszego dnia wypowiedział się jeden z naszych kibiców, Kuba - "Miałem wielkie ciśnienie na ten mecz. Ekipa którą bardzo szanuję, gdzie mam też prywatne kontakty... Przy wyjściu z domu dostaję SMS-a z taką wiadomością, że wszystkie plany wzięły w łeb, w tym momencie odechciało mi się spieszyć na stadion, wchodzić na młyn. Byłem przytłoczony. Napisałem jeszcze do dwóch kolegów, by upewnić się, że to prawda. Niestety chwilę potem dostałem odpowiedzi, tragedia się potwierdziła... Smutne, że spotkało to ekipę jadącą akurat na mecz z Koroną. Przy okazji chciałbym złożyć kondolencje rodzinie tragicznie zmarłego kibica."


Niezmiernie ciężko jest uciec w tym momencie od powyżej opisanego zdarzenia, ale jednak mecz odbył się, a o kilku rzeczach trzeba jeszcze wspomnieć. Po 15 min. zaczęliśmy doping, a panowie i panie z kieleckiego Ultras zaczęli prezentację oprawy. Oprawy, która wzbudziła podziw wśród wszystkich. Była to wielka sektorówka zajmująca całą trybunę od ulicy Gagarina. Wśród widniejącej na niej postaci przedstawiających kibiców i "herb" Korony w wieńcu laurowym, dało się zauważyć hasło - "Zjednoczone nasze serca, pięści twarde jak stal, nigdy nie stracimy wiary w to co daje siłę nam." Całość prezentowała się - "Zaje*iście! Aż prosiło się o jakieś świecidełka pod nią. W każdym bądź razie świetna robota, brawo!" - komentując oprawę powiedział "Cichy". Warta zauważenia jest też frekwencja, która wczoraj wyniosła 6520, co jest wynikiem może jeszcze nie ekstraklasowym, ale już na pewno ponad pierwszoligowym. Nikt spośród grona pierwszoligowców nie może się z nami w tym aspekcie równać. Na meczu byli obecni nasi przyjaciele z Mielca (20 osób) wraz z flagą "Chłopcy ze Stali". Dziękujemy i zapraszamy ponownie!


Można powiedzieć, że na trybunach jak i na boisku wszystko tego dnia wypadło in plus. Oprawa, doping, zwycięstwo piłkarzy i marsz w górę tabeli... Przykre jest jednak to, w jakich okolicznościach to się dokonało. Bo świadomość, że zmarł jeden z nas - kibiców - jest co najmniej niepocieszająca. "GieKSiarze" - trzymajcie się.





Znicz Pruszków - Korona Kielce (07.09.2008)


Mimo zakazu wyjazdowego spowodowanego „niedyspozycją” sektora gości w Pruszkowie, we własnym zakresie organizujemy się na ten mecz. Z Kielc wyjeżdżamy około 9 rano kilkoma autami, spotykamy się dopiero po drodze. Pięć osób już po godzinie 6 jedzie pociągiem. Droga mija spokojnie i szybko.


W samo południe stawiamy się w Pruszkowie, a pod stadionem gospodarzy pokazujemy swoją obecność tradycyjnym okrzykiem „Jesteśmy zawsze tam…”. Kibice Znicza pomagają nam wejść na stadion rozmawiając z ochroną oraz załatwiając bilety za połowę ceny. Wprowadzają nas w okolice swojego sektora skandując „Piłka nożna dla kibiców”. Stawiamy się na nim w liczbie około 40 osób, w tym 4 z FC Chmielnik oraz 2 z KSP. Nie prowadzimy dopingu, poza kilkoma okrzykami oraz pozdrowieniami dla Polonii, które wywołują poruszenie na młynie gospodarzy. Samo widowisko sportowe nie przykuwa naszej uwagi, a upał daje się we znaki.


Drugą połowę spędzamy w innej części sektora, tuż przy wejściu na stadion. Bramkę zdobywamy po rzucie karnym w 68 minucie, dzięki czemu Korona wychodzi na prowadzenie. Wynik utrzymuje się do końca meczu, co oznacza, że to już czwarte zwycięstwo pod rząd ze stratą tylko jednej bramki. Niestety nie mamy okazji tym razem podziękować piłkarzom za trzy punkty, gdyż wychodzimy ze stadionu kilka minut przed końcem i udajemy się do Kielc.





Korona Kielce - Wisła Płock (13.09.2008)


Zimnooooooooooo na dworze! Powiewało chłodem również z sektora, na którym zasiadają najwierniejsi sympatycy Złocisto-Krwistych. Niby po czterech zwycięstwach, niby nasi piłkarze dobrze grają, a jednak brakowało tego czegoś, co sprawiłoby, że nasz doping można by było nazwać dobrym. Bez oprawy, może niektórzy się starali, ale w tym dniu nie pomogliśmy zawodnikom. Nasze okrzyki, śpiewy rwane, momentami stopowane słowami poirytowanych prowadzących. Jak to bywa w koroniarskim zwyczaju największe wylewanie żali było po meczu: ”ten nie śpiewał”, ”a tamten za mną pisał sms’a ”. A ja? „Ze mną wszystko było okej - inni są winni”. Tak na marginesie, dobrze, że ma kto pisać np. na forum, bo niektórzy podczas lambady, tak sobie biorą do serca tańce na sektorze, że mało nie stratują słabszych. Chyba nie o to tutaj chodzi… Każdemu zdarzają się przestoje, więc wyluzujmy i nie dramatyzujmy nad naszymi popisami wokalnymi na meczu z Wisłą. Selekcja? Wciąż trwa, więc może w trakcie następnego meczu ktoś zostanie wyautowany?. Miło by było tak dla przykładu w stylu „kieleckiej lambady” wykopać go na jakiś czas z młyna. Najlepsze jest jednak to, co dzieje się na innych trybunach naszej Areny. Tam jest dopiero folklor i niech żyje sztuka. Jak kogoś zacznie boleć gardło, nie będzie mu się chciało (mam tak czasami) to polecam się przejść po naszym pięknym estadio. Wysyp kolporterowskich szali jest po prostu zatrważający!! A spróbuj tam stać i zasłaniać. Więcej życia panowie i panie z sektorów A, B i C, ruszcie czasem t***i, bo jak przyjdą mrozy i śniegi to was tam zasypie, a SKKK jak nikt inny chce dbać o wasze zdrowie i dobre samopoczucie ;)


Wisła Płock zameldowała się w CK w sile 93 osób z jedną flagą. Coś tam krzyczeli, machali rękami i tradycyjnie byli słyszalni na sektorach przyległych. Warto nadmienić, że podczas powrotu przyjezdnych do domu, nie doszło z pewnych przyczyn do spotkania rewanżowego za przegrany pojedynek płocko-kielecki sprzed tygodnia. Podsumowując - mecz piłkarsko niezły, kibicowsko bez historii. Cieszą trzy punkty i bramki Łysego, a także zainteresowanie galerią przedstawiającą dokonania grupy UK’04. Wystawa zdjęć miała za zadanie pokazać, zebrać w jednym miejscu to, czym nasi Ultrasi mogą się pochwalić, a jednocześnie uświadomić, że bez wsparcia wszystkich kibiców Korony działalność i efektowne prezentacje są niemożliwe.







Odra Opole - Korona Kielce (20.09.2008)


20 września- tę datę, już na początku sezonu, niejeden Koroniarz powinien mieć zakreśloną w kalendarzu na czerwono. Wyjazd na Odrę to priorytet w tej rundzie, na który z pewnością niewielu trzeba było namawiać. Stowarzyszenie Kibiców Korony Kielce mimo wszystko decyduje się na mocną propagandę, przygotowując już zawczasu filmy, plakaty, oddzielny dział na forum, a przede wszystkim załatwiając niższą cenę przejazdu oraz dodatkowy dzień zapisów. Wszystko po to, aby dotrzeć do każdego kibica Korony. Osoby ogarniające sprawy kibicowskie na Koronie wprowadzają dwie ważne zasady, które mają wpłynąć korzystnie na naszą liczbę, mianowicie: na wyjazd nie mogą zapisać się osoby poniżej 16 lat oraz kobiety (z wyjątkiem tych, które działają czynnie na Koronie). Dostajemy 530 biletów i tyle udaje nam się sprzedać w trzeci dzień zapisów. Kibice, którzy nie zdążyli nabyć wejściówek w Kielcach, mogą uczynić to przed meczem w Opolu. Każdy z nas doskonale wie, że ten ważny wyjazd wypada w przeddzień rocznicy śmierci naszego kolegi Ś.P. Małpy - jak najgodniej chcemy uczcić jego pamięć.


W sobotę spotykamy się już o godzinie 10, zajmujemy miejsca w autokarach i busach, i wspólnie wyruszamy na Cedzynę, żeby odwiedzić grób Karola. Minął rok. Ponad pół tysiąca Koroniarzy, w przenikliwej ciszy i skupieniu, odpalając znicze, symboliczną racę oraz odmawiając wspólną modlitwę uczciło pamięć Karola.


Koło południa wyjeżdżamy z Kielc i udajemy się w stronę Opola. Z eskortą jedzie 7 autokarów, dwa busy oraz auta. Osobna grupa - czterema busami i pięcioma autami chcąc jechać bez zbędnego balastu zbiera się w innym miejscu i o innej porze. Po drodze przymusowy postój spowodowany wypadnięciem szyby w jednym z autokarów. Naprawiamy okno, zaklejając je workami na śmieci i dalej ruszamy w stronę Opola. W trakcie podróży dostajemy informacje, iż jedno auto od nas miało wypadek, na szczęście wszyscy cali i zdrowi docierają na mecz.


Tuż za Częstochową atrakcji dostarcza nam grupa kibiców Rakowa, która wysypuje się na dwa ostatnie autokary. Z całej akcji nic nie wychodzi, gdyż wszystko dzieje się przy psach.


Na miejscu jesteśmy tuż przed godziną 18 i sprawnie wypełniamy cały sektor. Takiego widoku dawno nie mieliśmy okazji podziwiać. Nasza liczba - ponad 630 osób - w tym 3 z Sącza oraz ok. 92 z fanclubów, z czego najlepszą liczbą mogą pochwalić się Chęciny - 22 osoby.


Ultrasi już na samym początku prezentują oprawę złożoną z transparentu, sreberek, sektorówki symbolizującej pierwszą rocznicę śmierci Ś.P. Karola i jednej racy. Niestety, nieumiejętność wykonywania poleceń daje się we znaki i całość nie wychodzi do końca tak, jak powinna. Skupmy się jednak na tym, co tego dnia udało się najlepiej. Doping z tego dnia to najczęściej wymieniany plus całej eskapady. Pierwsza połowa wyszła nam bardzo dobrze: wspólna zabawa, śpiew i ogólny entuzjazm bijący z klatki był zapewne słyszany na trybunie gospodarzy. Miło było znów zobaczyć „starszych”, którzy bawią się razem z resztą sektora, mobilizując swoją postawą pozostałych. Aż trudno było sobie wyobrazić, że przegrywamy mecz od drugiej minuty. Początek drugiej połowy nie był już tak porywający. Kwadrans przed końcem, kiedy to Odra prowadziła 2:0, rozpoczyna się najlepszy kibicowski moment w naszym wykonaniu. Pragniemy pokazać gospodarzom, jak bawią się Koroniarze, wiedząc już, że tego dnia 3 punkty zostaną w Opolu. Nakręcani przez prowadzącego i siebie nawzajem w pięknym stylu dopingujemy do ostatniego gwizdka i kilka minut po nim.


Piłkarze podchodząc po meczu pod klatkę, nie kryją zadowolenia z naszej postawy i łez po przegranym spotkaniu, godnie dziękują nam za to co działo się na sektorze gości. Podziękowania przez megafon otrzymujemy również od prezesa Tadeusza Dudki. Dumni z siebie szybko zajmujemy miejsca w środkach transportu. Część osób zostaje w Opolu. Droga powrotna mija spokojnie, zaliczamy kilka postojów, cały czas jedziemy z obstawą. Docieramy do Kielc po godzinie 1.









Korona Kielce - Warta Poznań (27.10.2008)


Tego dnia, na trybunach stadionu przy ulicy Ściegiennego, tradycyjnie już zasiadło ponad 7000 fanów Korony. Niestety do Kielc nie wybrali się kibice Warty. Mimo to, doping stał na dobrym poziomie. Nasi piłkarze odprawiają gości z trzybramkowym bagażem. Mecz bez historii.





Korona Kielce - Górnik Łęczna (01.10.2008)


Tym razem w środowy, chłodny, październikowy wieczór przyszło nam zmierzyć się w zaległym spotkaniu z Górnikiem Łęczna. Klatka po raz kolejny była pusta, ponieważ Górnik oficjalnie oświadczył, że z powodu ogromnej liczby zakazów nałożonych na kibiców tej drużyny, po prostu nie będą jeździć. Na trybunach zasiadło niespełna 7000 widzów, w tym nabity młyn, prowadzący doping przez cały mecz. Zespół odwdzięczył się za to strzelając zwycięską bramkę w 93 minucie spotkania. Kolejny mecz bez historii.





Motor Lublin - Korona Kielce (05.10.2008)


Przyszła sobota, godzina 10.00, a Żytnia tradycyjnie została opanowana przez Koroniarzy. Wszystko by było ładnie i pięknie gdyby nie to, że padało i nic nie zapowiadało tego by miało przestać zarówno w Kielcach jak i Lublinie. Mimo niesprzyjającej aury, w dobrych nastrojach, przygotowani na atrakcyjny wyjazd zasiadamy w 5 autokarach, 5 busach i kilku autach, i udajemy się w drogę, która mija szybko bo i towarzystwo doborowe, a i cel niedaleki, wszakże ten 190 km wyjazd to drugi, co do najkrótszych w tej rundzie. Po drodze kilka postojów w padającym deszczu i towarzyszącym mu chłodzie i już każdy wiedział, że czeka nas na sektorze przez czas trwania meczu :). W pewnym momencie chyba już każdemu było to obojętnie. Lublin sprawiał wrażenie jakby padało tu od tygodnia. Dosłownie tonął w wodzie.


Dojechaliśmy na parking gdzie wysypaliśmy się z autokarów okrążeni przez chyba równie liczne oddziały policji. Wiadomo było, że tego dnia poza atrakcjami stadionowymi nic nie będzie miało miejsca. Na bramie spore problemy z wejściem, ale ostatecznie udaje się wejść każdemu. Niestety trwa to praktycznie przez całą pierwszą połowę, dzięki nieporadności ochrony jak i działaczy Motoru.


Na sektorze meldujemy się w blisko 450 osób w tym 12 osób z Mielca z flagą, 5 z Sandecji i jedna z Cracovii. Na płocie wisi 6 flag. Kiedy jesteśmy już w komplecie ruszamy z ostrym dopingiem. Chwilę wcześniej rozwijamy oprawę, która udała się! Oj nie mają szczęścia nasi Ultrasi... mimo wiejącego wiatru i deszczu, dali radę i wszystko wyszło naprawdę konkretnie! BRAWO! Spragnieni dopingowania śpiewamy i bawimy się przez całą przerwę w spotkaniu. Oczywiście patrzy się na nas ze zdziwieniem cała zebrana publika na sektorach, której było może maksymalnie 1000 osób, a w chyba nawet na pewno :) mniej niż nas. Ani cateringu na stadionie, ani muzyki w przerwie meczu… Chyba się człowiek przyzwyczaił do dobrego Całą drugą połowę jedziemy z dopingiem. Może nie był najlepszy, ale nie można było tego dnia oczekiwać od ludzi zbyt wiele. Piłkarze wygrywają 2:1 i razem z nami świętują zwycięstwo - widać, że bardzo im zależało na tych 3 punktach.


Dziękujemy im za grę i jak najszybciej przemarznięci i przemoczeni zawijamy się do autokarów i udajemy się w drogę powrotną, której opisywał już nie będę. Warto dodać, że nie było wymiany bluzgów z gospodarzami. Na meczu debiutowała również nowa flaga. A tymczasem wielki krokami zbliża się wyjazd na Flotę Świnoujście - tylko dla fanatyków… Pojadą najwierniejsi...







Kmita Zabierzów - Korona Kielce (08.10.2008)


Wyjazd wypadł niestety w środę, a na dodatek mecz rozgrywany był bardzo wcześnie, bo o 15. W Zabierzowie melduje się jednak 82 fanów Korony. Jedni biorą urlop w pracy, inni zrywają się ze szkoły/uczelni i nikomu spośród tej stosunkowo niewielkiej grupy nie przeszło przez myśl, żeby nie być tam, gdzie gra MKS. Większa część zasiada na sektorze gości (a propos całkiem przyjemny sektor usytuowany o niebo lepiej niż na stadionie niejednego pierwszoligowca), a 8-osobowa grupa na balkonie jednego z kibiców Kmity, skąd widoczność była chyba nie gorsza niż z trybun. Na sektorach gospodarzy garstka ludzi i brak jakichkolwiek oznak, że to mecz zaplecza Ekstraklasy. Zaznaczamy swoją obecność pojedynczymi okrzykami i w spokoju oglądamy futbol. Wielka szkoda, że naszym piłkarzom nie udało się dowieść wygranej do końca, bo im się należała. Po końcowym gwizdku piłkarze dziękują nam za przybycie. Wychodzimy z sektora i udajemy się w drogę powrotną, która przebiegła spokojnie. Być zawsze tam - bezcenne. Do następnego.





Korona Kielce- Zagłębie Lubin (12.10.2008)


Ten mecz zapewne jeszcze do dziś każdy z nas ma w pamięci - powód oczywisty i wcale nie pozytywny - wynik! Zagłębie Lubin zremisowało z Koroną w ostatniej sekundzie meczu, zabierając tak cenne 2 punkty. Na całe szczęście końcowy rezultat czy gra piłkarzy schodzą na drugi plan, kiedy na trybunach jest dobra zabawa. Znów kładziemy nacisk na selekcję na młynie, która daje oczekiwane rezultaty.


Kibice gości stawiają się na sektorze w całkiem dobrej liczbie, my pobijamy rekord frekwencji przy Ściegiennego w pierwszej lidze - ponad 12 tysięcy widzów. Żadna ze stron nie prezentuje tego dnia oprawy. Szczelnie wypełniamy młyn (są z nami również kibice z Mielca) i od początku prowadzimy dobry doping. Docenili to kibice Zagłębia, którzy w swoich wypowiedziach na forum podkreślali ogromną poprawę w naszym dopingu w porównaniu do ich poprzednich wizyt w Kielcach. Warto wspomnieć, iż po długiej przerwie powróciliśmy do przyśpiewki PAO, którą ciągnęliśmy w drugiej połowie.


Goście, choć nie słyszani na młynie, przebijający się jedynie podczas naszych nielicznych przerw w dopingu, sprawiali wrażenie dobrze bawiącej się ekipy.


W końcówce spotkania prowadzimy 2:0, na młynie feta, którą skutecznie przygasili piłkarze Zagłębia. Jak już wspomniałam na początku, tracimy punkty w ostatniej akcji meczu – bramka z rzutu rożnego w doliczonych 3 (?!) minutach meczu. Nasz entuzjazm przechodzi na przeciwną stronę stadionu, gdzie kibice gości dziękują swoim zawodnikom za walkę do końca. Ze sporym niedosytem robimy to samo, choć ciężko jest pogodzić się z takim rezultatem. Mimo wszystko spotkanie zdobyło sporo „plusów” dzięki atmosferze, którą stworzyliśmy my - kibice.





Flota Świnoujście - Korona Kielce (18.10.2008)


Wyjazd nad morze - z czym kojarzyć się może? Oczywiście z latem, wakacjami, wypoczynkiem... Jednak tym razem było inaczej. Dla pewnych ludzi to historyczna wyprawa. Ale zacznijmy wszystko od początku.


Jest piątek, jesienna pogoda jak na 17 października przystało, godzina 21.00. W centrum Kielc zbiera się dość duża grupa osób. Wzbudzają zaciekawienie przechodniów, którym nasuwa się pytanie: co oni robią o tej porze? Wycieczka? Tak jest, istna wycieczka… to „Koroniarze jadą nad morze” :) Cel - Świnoujście, gdzie ukochana drużyna gra swój mecz wyjazdowy. Odległość - 740 km w jedną stronę, bo miłość nie zna granic. Każdy z plecakiem: jedzenie, napoje chłodzące i rozgrzewające, bo podróż daleka. Cześć zdecydowała się jechać autami, a cześć pociągiem, my pakujemy się do autokarów, każdy znajduje swoje miejsce. Godzina 22.06 i ruszamy w najdalszy w historii wyjazd. Atmosfera w autokarze wyśmienita. Każdy raczy się trunkami (oczywiście z rozsądkiem). Rozmowy, gra w karty… Czasu mamy dużo. Wspólne śpiewy do późnych godzin nocnych, opowieści kibicowskie i rozmowy, które zacieśniają znajomości. I tak leci podróż przerywana postojami na rozprostowanie kości. W miarę upływu czasu grupa staje się coraz cichsza, a większość pogrąża się w śnie. Środek nocy, przebudzenie, spojrzenie za okno i szybka lokalizacja gdzie jesteśmy - autostrada, opłata za przejazd i eskapada rusza dalej. Pierwsze promienie słońca budzą większość osób. Kilkanaście godzin spędzonych wśród swoich powoduje, że nikt nie myśli o zmęczeniu. Godzina 9.15 i na chwilę zmieniamy środek transportu na prom. Wychodzimy na zewnątrz i robiąc pamiątkowe zdjęcia podziwiamy przeprawę. Każdy czuje jakby jechał na wakacje - słonko, poranna bryza - aż chce się śpiewać. Dobijamy do brzegu i znów podróżujemy autokarami. Eskorta policji kieruje nas na parking tuż przy plaży i mamy 2 godziny na „zwiedzanie”. Docieramy na brzeg Bałtyku. Przepiękna pogoda nie ma nic z jesieni, to zachęca 8 śmiałków do kąpieli. Koroniarskie morsy zastanawiają się czemu reszta nie skorzystała z ożywczego pluskania. Sesja fotograficzna i czas na relaks z szumem fal w tle.


Korzystając z wolnego czasu część udaje się do centrum na ciepły posiłek i regenerację sił. Wszyscy spotykamy się pod stadionem. Wejście dość sprawne, lecz dokładna weryfikacja listy oraz kamerownie i fotografowanie każdej osoby - śmiejemy się, że czekamy i na te foty z wakacji. Wchodzimy wszyscy - 153 osoby, wraz z nami jedna osoba z Mielca, która jechała z nami od Kielc.


Godzina 13.00 - zaczyna się mecz. Przez pierwsza połowę dopingujemy sporadycznie, jednak długa podróż robi swoje. Chyba nie jest źle, bo zabawny pan spiker mówi, że obie strony kibiców zapomniały, że jest mecz. Na wyposażeniu mamy dwie flagi: ŚP Małpa oraz „angielka”. W drugiej połowie mobilizujemy się i dopingujemy w miarę możliwości. Gospodarze prezentują dwie oprawy, podświetlany trans oraz sreberka w asyście świec dymnych. Nasi piłkarze wygrywają mecz, przełamując 3-letnią passę zwycięstw Floty na swoim stadionie.


Po meczu pełni entuzjazmu sprawnie pakujemy się do autokarów i ruszamy w drogę powrotną. Chwilę po przeprawie promowej dowiadujemy się o wypadku jednego z naszych aut. W efekcie poślizgu uderza ono w słup, dwie osoby lądują w szpitalu, a dwie pozostałe zabierają przejeżdżający piłkarze. Cały czas eskortowani jedziemy dalej. Policja opuszcza nas dopiero w Gorzowie. Robimy sobie dłuższy postój na zjedzenie czegoś dobrego, gdyż catering na stadionie był bardzo ubogi. Wskakujemy na autostradę i kierujemy się w stronę Kielc. Godzina 2.58 jesteśmy w Kielcach. Jeszcze tylko sprawdzenie autokarów i rozchodzimy się do domów. A w domu przemyślenie na szybko czy było warto, czy 30 godzin dla 90 minut ma sens… Chyba nikt z tych, którzy byli w Świnoujściu nie ma wątpliwości. Wyprawa nie mająca sobie równych, choć odległość mecząca to niezapomniane przeżycia zostały nam na całe życie.


Na koniec pozdrowienia i szybkiego powrotu do zdrowia dla tych, którzy w Świnoujściu "zmuszeni" zostali do przedłużenia swojego pobytu.











Stilon Gorzów Wielkopolski - Korona Kielce (08.11.2008)


Noc z 7-8 listopada. Na ulicach pusto i cicho. Każdy zmęczony po tygodniu pracy, pogrążył się we śnie. Czy aby na pewno? Dla prawie 80 fanatyków kieleckiej Korony ta noc wyglądać będzie zupełnie inaczej...


Wyjazd do Gorzowa Wielkopolskiego miał na celu inaugurację "Kampanii Listopadowej". Zbieramy się o godzinie 2 w stałym punkcie. Na miejscu zbiórki z minuty na minutę zaczyna robić się coraz bardziej tłocznie. Około godziny 2:30 autokar rusza w kierunku północno-zachodniej części Polski. Przed nami pełna wrażeń podróż. Mijała ona bardzo szybko i sprawnie, a to za sprawą bardzo sympatycznej i swoistej atmosfery panującej w całym autokarze. I tak jadąc przez Piotrków Trybunalski i Łódź wjechaliśmy na wielkopolską autostradę. Tu zaś droga dość monotonna, za oknem kompletnie nic się nie dzieje. Zmęczenie daje się we znaki. Towarzystwo z autokaru powoli poddaje się kojącemu działaniu snu i regeneracji sił. Dłuższy postój zafundowaliśmy sobie 20 km przed Gorzowem Wielkopolskim. Ciepły posiłek, toaleta i ruszamy w dalsza trasę.


Gorzów Wielkopolski powitał fanów Korony rzęsiście padającym deszczem. Wejście na sam obiekt Stilonu odbywa się bardzo sprawnie. Pokonujemy błotne zasieki i... nareszcie jesteśmy!! Na sektorze gości meldujemy się w skromnej w/g mnie liczbie 76 osób plus 5 fanów Sandecji. Na płocie wieszamy flagi "Małpy" i Sandecji. Teraz to już nic nie stoi na przeszkodzie, aby z całych sil krzyknąć "Jesteśmy zawsze tam gdzie nasz eMKaeS gra...". Doping tego dnia przeciętny, lecz biorąc pod uwagę ilość przebytych kilometrów i nadzwyczaj niesprzyjającą pogodę było dobrze. Co do fanów Stilonu: w młynie tego dnia około 150-180, kilka flag i to chyba tyle o czym mógłbym tu napisać.


Co do samego widowiska sportowego cieszyć może tylko wygrana i kolejne 3 punkty w naszym dorobku. Mecz nie był dość porywającym widowiskiem.


Powrót spokojny, a w stolicy województwa Świętokrzyskiego meldujemy się około godziny 22.





Górnik Łęczna - Korona Kielce (14.11.2008)


Drugim wyjazdem kampanii listopadowej była Łęczna. Po raz kolejny „SKKK ZK” stanęło na wysokości zadania i zamówiło ponad 300 zimowych czapeczek dla każdego kibica wybierającego się na mecz z Górnikiem. Efektem tego działania było prawie 170 osób zapisanych pierwszego dnia zapisów. Kolejnym sprzyjającym czynnikiem mającym wpływ na wyjazd była walka naszych piłkarzy o lidera, co nieczęsto mieliśmy okazję oglądać w ponad 35-cio letniej historii klubu.


Z Kielc wyruszamy o godzinie 13.00 kilkoma autokarami, busami oraz wieloma samochodami. Droga jak zwykle wesoła, z postojami, ale też spokojna. Pod stadion w Łęcznej dojeżdżamy na godzinę przed meczem i sprawnie wchodzimy na sektor, który pachniał Europą zachodnią, bowiem sektor pod dachem, z krzesełkami, z porządnym cateringiem. Na około 20 min przed meczem cała już grupa wyjazdowiczów czeka na pierwszy gwizdek sędziego. Na sektorze w piątkowy wieczór melduje się 340 kibiców Korony, a także 12 przyjaciół z Polonii Warszawa z flagą, 2 z Nowego Sącza i 1 z Mielca. Żółto - czerwone czapeczki wyglądają fantastycznie na głowach Scyzorów.


Głośne „Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasz eMKaeS gra...” pod dachem zrobiło ogromne wrażenie na miejscowych, których tego dnia na stadionie było dosyć mało. Z rozpoczęciem spotkania w klatce pojawia się przygotowana przez UK’04 oprawa z postacią kibica z Kielc, który zamalowuje znak drogowy „ŁĘCZNA” napisem „KORO..”. Do tego wisi transparent „Tu byliśmy!!!” Wieszamy dwie flagi: „Scyzory Na Szlaku” oraz „Małpa” i prowadzimy dobry doping wspomagany dwoma bębnami. Górnik trochę ultrasuje - sektorówka, flagi na kij. W młynie około 500 Łęcznian prowadzących średni doping, niesłyszalny po drugiej stronie, gdzie zasiadali „Złocisto Krwiści”. W 27 minucie nasi piłkarze strzelają bramkę i wygrywamy 1:0. Da się słyszeć z sektora gości „Quntanamera Kielce to miasto lidera!”.


Po przerwie Paweł Sobolewski strzela drugą bramkę dla Korony i jest 2:0. W klatce totalna feta . Humory psuje nam sędzia, który dyktuje trzy karne Górnikowi i doprowadza do remisu 2:2. Do końca już praktycznie nie dopingujemy piłkarzy, bo przecież „czy za Listka czy za Laty tu sędziują same szmaty!”


Remisujemy 2:2, dajemy grajkom czapeczki, natomiast oni rzucają nam koszulki. Podnosimy piłkarzy na duchu i wracamy do CK. Wyjazd jakich mało, miejmy nadzieję, że w najbliższych nie zejdziemy z niezłego pułapu liczbowego!








Widzew Łódź - Korona Kielce (17.11.2008)


Ostatni mecz, a zarazem wyjazd sezonu na stadion wicelidera RTS-u. Szybko się przekonaliśmy o tym, że działacze Widzewa nieźle zarabiają na kibicach gości, bowiem koszt biletu wynosił 20 zł, co jest absolutnym rekordem I ligi. Aż strach pomyśleć ile powinny kosztować bilety dla przyjezdnych w Kielcach, gdzie jest dach oraz krzesełka, czyli dobre warunki, czego nie można powiedzieć o klatce Widzewa.


W poniedziałek o godzinie 15.00 wyjeżdżamy już tradycyjnie autokarami, busami i autami. Podróż oraz wejście na sektor sprawne. Na sektorze jest nas około 300 w tym delegacje Czarnych Koszul i Stali Mielec. Mecz o lidera I ligi zgromadził na stadionie 4tys. fanów z Łodzi. Widzew prezentuje dobrą oprawę nawiązującą do przyszłości na stadionach w Polsce przez EURO 2012. Do tego liczne race, flagi na kij oraz sektorówki. W czasie meczu nieźle dopingują w asyście trzech bębnów i odpalanych spontanicznie rac. W śpiewy włącza się cały stadion, o czym w Kielcach możemy sobie pomarzyć.


Teraz kilka słów o nas. Cały mecz dopingujemy i według miejscowych wypadliśmy najlepiej spośród wszystkich ekip goszczących w klatce w rundzie jesiennej. W czasie spotkania przezywamy Marcina Robaka, zawodnika, który odszedł z Kielc po sprawie korupcji w klubie i degradacji. Pod koniec pierwszej połowy bramka dla Korony i nasza radość wielka! Mamy lidera! Jednak nie oznajmiamy tego śpiewem Widzewowi, bo zapeszymy tak jak to miało miejsce w Łęcznej, albo też dostaniemy kamieniem, a po co to nam :).


W drugiej połowie trochę słabiej, ale śpiewamy. Widzew mocno napiera na bramkę Cierzniaka i w końcu w 79 minucie bramkę strzela... Marcin Robak. Znów tylko remis. Piłkarze dziękują nam za doping i rzucają nam czarny komplet koszulek. Następne wyjazdowe wrażenia będą miały miejsce dopiero 21 marca podczas meczu w Stalowej Woli... JEDZIEMY!






Autor: Siejo   Data: 2009-03-16 00:33:18   Wersja: 2

Wszelkie znaki handlowe i prawa autorskie należą do ich właścicieli.
Czas generowania strony: 0.22892 sekund (zapytań SQL: 17).
Strona istnieje 893 dni, odwiedziło ją 9120512 osób.
Szablon stworzony przez: Sushi.